a

a

niedziela, 7 maja 2017

Amore pomidore

Amore pomidore. Ale kto ich nie amorzy? Słodkie, pachnące i pyszne.
W zeszłym roku większość pomidorów dostałam w ramach sąsiedzkiej wymiany od zzapłotowej Sąsiadki, część kupowałam na bieżąco na choszczeńskim ryneczku. 
W tym roku postanowiłam ambitnie podejść do tematu i wyhodować moje ulubione owoce [tak, tak, pomidory, choć powszechnie uznawane za warzywa są wg botaniki owocami, a dokładniej rzecz biorąc warzywami o jadalnych owocach] od a do z. 
Już zimą zaopatrzyłam się w nasiona i z końcem marca wysiałam je do doniczek. Kilka różnokolorowych odmian. Zielone, czerwone, żółte, pomarańczowe i czarne. Cała paleta barw. A co- jak szaleć to szaleć ;)

Chuchałam, dmuchałam, zraszałam, mało co się nie posikałam ze szczęścia jak wykiełkowały. Ustawiłam na południowym parapecie, podlewałam, obracałam kilka razy dziennie, żeby nie wybujały za bardzo i patrzyłam jak rosną. A rosły niestety niemrawo. Nie wiem, czy nasiona słabe, czy [co bardziej prawdopodobne] słaba ogrodniczka], ale dziś powinny sięgać kolan, a sięgają ledwie kostki.


Podlewam gnojówką z pokrzywy, w momencie desperacji kupiłam specjalny nawóz do pomidorów [choć miały być całkowicie eko], a one i tak mają mnie w nosie.
Mimo wszystko nie tracę nadziei, że gdy po zimnej Zośce wsadzę je do ziemi to nagle dostaną skrzydeł i poszybują w górę niczym przysłowiowy Ikar, albo inna wierzba, czy brzoza ;)
Oczywiście u babci Robaczkowej siewki są wielkie jak dęby! 
Zobaczyła starowinka jak latam z tymi moimi chuchrami w te i wewte, szukając najbardziej słonecznej i zacisznej kwatery, wnosząc, wynosząc, przenosząc itp. i chyba żal jej się mnie zrobiło, bo przyniosła kilkanaście swoich. 
Jest więc jednak nadzieja na własne pomidory ;) No, niby mogłam też kupić gotowe sadzonki na rynku, ale to już nie to samo. A od Babci to prawie jak swoje własne. No wiem, wiem...prawie robi wielką różnicę...

W związku z tym, że jeszcze nie dorobiłam się żadnego tunelu foliowego, że o szklarence nie wspomnę, pomidory od Babci postanowiłam potraktować z wybitną troskliwością. 
Naczytałam się w necie i postanowiłam posadzić je w jutowych, obustronnie otwartych workach. Jak pomyślałam tak i uczyniłam.
Ziemia w worku szybciej się nagrzewa, a zażelowane hydrożelem korzenie dostarczą roślinie odpowiednią ilość wody. Przynajmniej tak powinno to wyglądać teoretycznie. 
Swoją drogą niezła sprawa ten hydrożel. Zażeluję też korzenie kwiatów w doniczkach, co znacznie ułatwi mi ich obsługę i zaoszczędzi wody oraz fatygi związanej z podlewaniem. 
Worki umieściłam na razie w doniczkach dzięki czemu są mobilne i w razie zimnych nocy po prostu przeniosę je do korytarza. Na razie ustawiłam je w rządku pod południową ścianą domu i każdego wieczoru i poranka zwijam i rozwijam worki ;)))



Jurek zrzędzi, że poświęcam im więcej uwagi, niż jemu. 
Phi, normalka! Jak zwykły, prosty chłop może się równać z krzaczorem pokrytym kilogramami przecudnych i przepysznych pomidorów?

A jak Wasze pomodory? Siejecie z nasion, czy kupujecie gotowe sadzonki?

sobota, 29 kwietnia 2017

Specjaliści

Wiadomo, że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie. Wiadomo też, że wszyscy znamy się perfekcyjnie na polityce, medycynie i wychowaniu dzieci. Wkurza mnie jednak gdy laicy robią z siebie nie lada specjalistów, a osoby niemające zielonego pojęcia na dany temat wymądrzają się pełną gębą. Za nic mają autorytety i bzdurnymi kontrargumentami obalają każdą logiczną tezę. Co gorsza, sami we własne słowa wierzą pełnym sercem, pewnie w myśl idei, że wielokrotnie powtórzona bzdura staje się prawdą.

Rozmawiałam ostatnio z osobą, która uparcie twierdziła, iż żyjemy wewnątrz Ziemi, bo patrząc na horyzont widzimy linię wypukłą, a nie wklęsłą. Ten sam interlokutor udowadniał mi uparcie, że Ziemia wcale nie kręci się wokół Słońca, tylko odwrotnie, a wszelkie loty w kosmos są medialną manipulacją. Najgorsze jest to, że tak wiarygodnie udowadniał swoje opowieści, podawał tak przekonujące dowody, że sama prawie w to uwierzyłam ;) Na każdy argument obalający jego poglądy przytaczał pięć potwierdzających, aż w końcu wszyscy uczestnicy tej dziwnej rozmowy mieli odmienne wizje świata. Piotrek stwierdził, że ewidentnie żyjemy w Matriksie, a tenże dyskutant jest po prostu błędem systemu. Taki mały wirusek ;)

Właśnie. Wirusy. Mam wykształcenie medyczne i paręnaście lat przepracowałam jako pielęgniarka. W niczym to jednak nie przekonuje ludzi, którzy paradoksalnie przychodzą do mnie po radę. Mówię i tłumaczę: Wirusów nie zwalczamy antybiotykami. Zwykłe przeziębienie, a nawet grypa są wywoływane nie przez bakterie, ale przez wirusy właśnie. Antybiotyk nie pomoże, a wręcz zaszkodzi. Wywoła m.in. śmierć niektórych bakterii, które bytują w organizmie, a ich miejsce zajmą inne, oporne na dany lek. No i co? Po moim godzinnym wykładzie z błyskiem radości w oku chory przypomina sobie, że ma w apteczce jakiś antybiotyk rok temu przypisany przez lekarza i leci w te pędy walczyć z wirusami. To po co taki przyłazi i zawraca gitarę, skoro wie lepiej?

Ostatnio zatrzymała mnie znajoma. Stanęłyśmy pod starym klonem i wdałyśmy się w gadkę- szmatkę. Ot, tak o niczym. Po kilku minutach znajoma podniosła głowę i stwierdziła że jak tylko ta lipa zakwitnie to mus przyjść kwiatów na przeziębienie nazbierać ;) Na mój cichutki komentarz, że na tym klonie lipowe kwiecie raczej nie zakwitnie, nie zareagowała w ogóle. Hm... może klon też ma lecznicze właściwości? Muszę doczytać.

Jurek lubi sobie czasem popolitykować. Któregoś razu przez pół godziny wysłuchiwał narzekań jednego z domorosłych politologów. Wylewał on tonę pomyj na pewnego polityka z prawicowej partii, po czym spuentował swój długi monolog, że temu ‘platformersowi’ całkiem się w głowie poprzestawiało. I o co kaman?

Przecież nie jest wstydem nie znać się na wszystkim. Jasne, ogólne pojęcie trzeba mieć, ale lepiej chyba być profesjonalistą przez duże P w jednej dziedzinie, niż znawcą przez bardzo małe z we wszystkim. Ja tam przyznaję się śmiało i bez bicia, że na polityce się nie znam, umiejętności techniczne mam opanowane do poziomu wymiany żarówki, a krawieckie do wszycia guzika. Jednak... cóż... też wpadłam w tę samą pułapkę robienia z siebie mądrzejszej niż jestem.

Na jednym z rolniczych spotkań w mojej wsi ktoś zaczął rozmowę o sprzęcie. Że tak bardzo technika poszła do przodu, że takie udogodnienia, że jedną machiną z kilkoma końcówkami rolnik ogarnie całą gospodarkę, a drzewiej to jedynie traktorek... Włączyłam się do rozmowy.
-To prawda. Jesienią przywieźli mi obornik. Cud machina! Obracała się prawie w miejscu, przywiozła, wywaliła, uklepała, a wszystko w pięć minut.- Zachwycałam się.- Tomahawk się nazywa.- błysnęłam wiedzą. Zaległa cisza.
-Hm... Manitou ma pani na myśli?

Ups. I to by było na tyle w sprawie błyskania ;)

Przynajmniej miałam dobre skojarzenia. I tomahawk i Manitou były w tej samej powieści. „Winnetou” ;)



wtorek, 21 marca 2017

Darcie papy

Pierwszy dzień wiosny- taka data nie może przejść bez echa. 
Wyczekana, wymarzona, wytęskniona nie tylko przez ogrodników- w końcu przyszła, jest. Skąd wiem? 
Nie to, że krokusy kwitną a co niektóre nawet przekwitły,




że tulipany już zawiązują pąki, że trawa się zazielenia, a chwasty już się całkiem dobrze mają. Nie to nawet, że na parapecie wschodzi pięknie papryka a szczypiorek lada dzień można będzie kroić na kanapki.



Nie to, że żurawie i gęsi całymi kluczami po moim niebie latają, że ptaki świergolą radośniej a dzień jest coraz dłuższy [na marginesie- w weekend przestawiamy zegarki- pamiętacie?].

Wiem że jest wiosna po wszechobecnym darciu papy. 
Zaczyna się gdzieś tak około trzeciej w nocy. Imprezę inicjują koty. Drą się niemiłosiernie śpiewając swoje miłosne serenady i jak bum cyk, cyk każden jeden ma coś z uszami, bo ani to melodyjne, ani do rytmu, ani do tańca, ani do różańca! Do seksu, cholera, też nie! W odpowiedzi na darcie kotów zaczyna drzeć się Sonia. Chwilę później swe darcie zaczyna Saba, bo co to za porządki! Ona też już i natychmiast chce dołączyć do Soni i razem z nią zagłuszać kocie pieśni. Ze względu na swój sędziwy wiek i artretyczne stawy, Saba śpi w domu [w odróżnieniu od Soni], więc zaczyna drapać pazurami w tarasowe drzwi, ani na chwilę nie przerywając ujadania. Po jakiejś minucie zaczyna drzeć się Jurek.- Jasna cholera, ucisz te psy, bo pójdę po strzelbę!!! Dla uspokojenia Szanownych Czytelników dodam, że mój mąż żadnej strzelby nie posiada. No... chyba że ma na myśli swoją pukawkę, ale nią żadnej większej krzywdy raczej nie zrobi... W odpowiedzi na darcie Jerzego zaczynam drzeć się ja, że przecież od tego psy pyski mają, żeby się drzeć, więc niech przestanie się wygłupiać, bo to bez sensu kompletnie. Za chwilę zaczyna drzeć się Dawid, że tak się drzemy, że on nie może spać. I tak drzemy się wszyscy pospołu, dopóki koty nie postanowią, że koniec darcia. Wtedy zalega błoga cisza. Sonia zamyka paszczę i chowa się w budzie, Saba grzecznie idzie na swoje legowisko przy kominku, Jurek odwraca się w drugą stronę i zaczyna cicho pochrapywać. 
Cicho... cichutko...
A za chwilę... MIAAAAAUUUUUU... i impreza zaczyna się od początku.
Wiosna przyszła... ;)))





sobota, 11 marca 2017

Siła imienia

Był już post o sile spojrzenia, dziś muszę, po prostu muszę napisać o sile imienia. Albo się uduszę ;)

Od wczoraj jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką nowego psa. Słodka jest. Mądra, piękna, pojętna, wrażliwa itd. Itp. Ale bezimienna. 
Aby zaradzić temu niedopatrzeniu, w Rapsodii odbył się rodzinny zjazd z noclegiem. Anka, Olka z dziewczynkami i ja zrobiłyśmy prawdziwą burzę mózgów, bo imię to imię. Może być zwykłe i proste, ale musi być przemyślane. Musi pasować do psa jak smycz, obroża czy buda [tymczasowa na razie]. 

Dziewczynki rzuciły świetną myśl, żeby imię zaczynało się na „S”- tak jak imię Saby. No to burza mózgów zawrzała. Sparta- bo już się pewnie w życiu nawalczyła, Szansa- bo wiadomo, Samba- bo jak biegnie to tak zalotnie kręci bioderkami, Sarna- bo takie nogi zgrabne i długie, Salami- bo pewnie lubi... 
Tu się oburzyłam. Nie będę psa truć solą i konserwantami. O nie! Niech Jurek i Dawid sobie jedzą! 
I tak leciały propozycje jedna za drugą. Dzieci dawno się znudziły i poszły z Bezimienną na spacer, a dziewczyny się rozochociły i propozycje stawały się coraz bardziej perwersyjne. Flaszka wina, w której już było widać dno, też pewnie miała jakiś niewielki wpływ na ten fakt. 

-Może Nefretete, bo tak się wyłoniła z tej brudnej piany po kąpieli niczym bogini jaka?- zaproponowała Anka.
-Durna jesteś, to była Afrodyta- uświadomiła nas Olka.- Poza tym miało być na „S”.
 – Oooo- ucieszyła się mitologiczna laiczka- w takim razie mam- Sulejka! Ona taka nieco czarniawa. 
Wybuchnęłyśmy śmiechem, bo pewien nasz znajomy poczuł po pięćdziesiątce drugą młodość, zostawił żonę, wyjechał na zgniły Zachód i ożenił się z Zulejką. Czarniawą. 
Durnowaty śmiech zerwał chyba wszystkie tamy przyzwoitości. Bardzo szybko Sulejka zamieniła się w Stulejkę. 
-Dlaczego Stulejka?- zbulwersowała się Anka- to już lepiej porządna Polucja. Albo nie. Jeszcze lepiej- Erekcja.
- No wiesz co...- Olka nie była przekonana.- Przecież to w końcu kobieta. Może Menstruacja? W skrócie będzie się wołać Ciotka. 
Boże!!! Padłyśmy na podłogę i tarzałyśmy się ze śmiechu. Nie usłyszałyśmy jak wróciły dzieci z lekko zziajanym psem. Hanka chwilę patrzyła na nas w milczeniu. Widząc, że nie reagujemy na jej potępiający wzrok lekko pociągnęła smycz.
- Choć Sonia. Pójdziemy do sadu. 
Do niedawna bezimienna machnęła ogonem i radośnie wytuptała za dziewczynkami a my zaniemówiłyśmy. Tak. Sonia. Pięknie, prosto i na „S”. Saba i Sonia- super sunie ;)



I tak jedna z wielu schroniskowych Miś przeistoczyła się w jedyną, wyjątkową Sonię ;).

Spragnionych fotek zapraszam na facebuka, bo tutaj coś nie chce się więcej wkleić ;/

niedziela, 5 marca 2017

Siła spojrzenia

Różne mamy oczy. Niebieskie, zielone, piwne, czasem czerwone i podpuchnięte. Duże, okolone firanką rzęs, małe, okrągłe, skośne i jakie tam jeszcze chcecie. Różnie ich używamy. Czasami widzimy, czasami tylko patrzymy i nic nie widzimy. Patrzymy tępo, inteligentnie, smutno, wesoło, zalotnie [albo jedynie wydaje nam się że zalotnie], groźnie, lękliwie... Że tak polecę sloganem- oczy to zwierciadło duszy. I pewne brązowe, przerażone oczy  z wielką mocą odbiły się w mojej duszy.

Moja przyjaciółka Beti pracuje społecznie w choszczeńskim schronisku. Oj, naoglądała się tam dziewczyna przeróżnych nieszczęść i tragedii, ale również wielkich radości, gdy pies trafił na swojego ludzia i bez tęsknoty, bez ostatniego machnięcia ogonem żegnał się ze swoim sierocińcem. Beata co jakiś czas podrzuca mi [i wszystkim kto chce oglądać] fotki swoich podopiecznych i opowiada jakie to wspaniałe charaktery, oddani przyjaciele i biedne istoty. 
W końcu przekonała i mnie. 
Nie cierpię na brak zwierząt, a nawet wręcz przeciwnie, ale wszystkie moje czworonogi to dziwolągi. Kot przyjaźni się z myszami, Boczek odda się każdemu za kawałek jabłka, a pies każdego potencjalnego złodzieja zalizałby z miłości na śmierć. Pomyślałam więc sobie, że przyda się jakiś porządny stróż. Pies sporych gabarytów, z odpowiednio basowym szczekiem i budzącą respekt facjatą. Pies za nic mający fotele i ciepłe legowisko przed kominkiem. Jednym słowem- Facet przez duże F. Beti bardzo szybko znalazła mi odpowiedniego kandydata. Huskypodobny, pięcioletni, energiczny z jednym błękitnym a drugim brązowym okiem, a oba błyskały równie inteligentnie. 



Poszłam więc zapoznać się z owym kawalerem. Schronisko Beaty jest porządnym miejscem. Zanim powierzą wychowanka nowym opiekunom, robią dokładny wywiad. Najpierw spotkanie oko w oko, spacer, konfrontacja z pozostałymi czworonożnymi mieszkańcami przyszłego domu. Solidna firma, mająca na uwadze dobro zarówno psa, jak i jego potencjalnego człowieka. Spotkanie oko w oko poszło tak sobie. Zarówno brązowe jak i błękitne łypało na mnie nieufnie, a z huskyowego pyska pryskały kropelki śliny. Ujadał groźnie aż do momentu, w którym Beti założyła mu obrożę i kaganiec. No, w końcu chciałam Faceta... Wzięłam smycz i poszliśmy na spacer. Facet ciągnął jak głupi nie bacząc, że obroża wrzyna mu się w szyję. Dyszał i ciągnął, a ja z całej siły próbowałam go utrzymać, ślizgając się po błotnistych ścieżkach. Po chwili oboje dyszeliśmy w tym samym rytmie. I mam wrażenie, że podobnie wywalaliśmy jęzory... Gdy już trochę się wybiegał usiłowałam nawiązać z nim kontakt. Podrapać za uszami, spojrzeć w oczy, dać smakołyka. Pomimo starań Beti jakoś nie udało się nam nawiązać nici porozumienia. Wracałam z mieszanymi uczuciami. Usprawiedliwiałam Miśka [bo wszystkie psy w schronie to Miśki albo Misie], bo przecież schronisko to nie trzygwiazdkowy hotel z sauną i jacuzzi, pies ma swoje lata i ukształtowany charakter i niby z jakiej paki miał mi tak od razu zaufać? Prawie przekonałam sama siebie i już umówiłam się z Beatą na spacer następnego dnia, gdy zobaczyłam ją... 
Misiek niezmordowanie parł do przodu, a ja zastygłam. W boksie obok, zwinięta w kulkę, leżała kupka nieszczęścia. Skołtunione kudły śmierdziały z daleka, żebra prawie przecinały skórę, leżała nieruchomo i patrzyła na mnie. Ale jak! Wielkie, brązowe oczy były pełne smutku i beznadziei. Nie zważając na huskiego uklękłam pod boksem.

-Misia... Misiunia...

Kulka wstała i podeszła do kraty. Smród uderzył mnie w nozdrza, ale był on zupełnie nieważny. Ważne były jej oczy. Coś w nich błysnęło. Nadzieja? Oddanie? Obietnica? Beti odprowadziła Miśka do jego boksu i bez pytania weszła do boksu Misi. Założyła jej obrożę i podała mi smycz.

- Trafiła do nas przedwczoraj. Idźcie. Czuję, że tym razem nie będę wam potrzebna.

Szła tak, jakby nigdy nic innego nie robiła. Grzecznie, przy nodze, co chwila zerkała na mnie z niepokojem. Jej tylne nogi drżały mocno. Nie wiem, czy ze strachu, z nerwów, czy z emocji. Po jakimś czasie drżenie ustało a w jej oczach pojawiła się radość. Malutka, niepewna, gotowa ulecieć w jednej chwili. Usiadłam na zwalonym pniaku. Misia stanęła niepewnie a po chwili z własnej woli podeszła i wtuliła głowę pod moją pachę. Popłakałam się. Gdyby zależało to tylko ode mnie już, natychmiast, w jednej sekundzie wpakowałabym ją do samochodu i wróciłybyśmy do Jagodzic. Lecz przepisy przepisami. Jutro wrócę tu z moją Sabą i gdy tylko konfrontacja okaże się udana zabieram obie do domu. 
Do domu!!!
Ps. następnego dnia.
Spotkanie obu suń przeszło bezproblemowo. Może nie zapałały do siebie jakąś nagłą miłością, ale nie było również żadnej agresji. Ot, umiarkowane, obustronne zainteresowanie.
Czuję, że będzie dobrze. 

Hm... i znowu nie mam groźnego stróża...

wtorek, 14 lutego 2017

Jak poderwać faceta

W walentynki wypadła mi wizyta u dentysty. 
Takie to moje szczęście, cholera. Zamiast z przystojnym Adonisem sączyć winko w przytulnej restauracji, zaciskałam zęby w niezbyt przytulnej poczekalni w towarzystwie innego cierpiącego biedaka. Nienawidzę dentystów. Boję się ich jak diabeł święconej wody. Taki jakiś atawistyczny lęk z czasów dzieciństwa, bo przecież dziś ani nie boli, ani nie strasznie, a w ogóle moja dentystka jest przesympatyczną babką. 
Siedzę więc w tej poczekalni, wsłuchuję się w niepokojące odgłosy dobiegające z gabinetu, zerkam na coraz bledszego współpacjenta i zaczynam panikować. Aby nie szurnąć krzesłem i nie czmychnąć w pieruny wyjęłam pierwszą lepszą gazetę spod stołu i postanowiłam odciąć się od smutnej rzeczywistości. 
Jak się ubrać za sto złotych, dieta 1500 kalorii, jak się pozbyć cellulitu... Przewracałam kartkę po kartce. Ooooo- jak poderwać faceta w dziesięć minut! Mimo że pewien facet przyczepił się do mnie ćwierć wieku temu i jakoś nie chce się odczepić, postanowiłam wgłębić się w ten artukuł. A co tam- nigdy nic nie wiadomo a od nadmiaru wiedzy nikomu jeszcze głowa nie eksplodowała.



Czytam więc; 

Musisz wykazać się charyzmą i nienatrętnym seksapilem. Nieważne czy jesteś najpiękniejsza, najszczuplejsza czy najlepiej ubrana. Musisz pokazać, że masz to coś!
Uff, jak nie muszę być najszczuplejsza, to może mam szansę.

Czytam dalej;

Zwizualizuj sobie własne momenty triumfu. To o czym i jak myślimy wpływa na wydzielanie się pewnych hormonów wpływających na twój nastrój i zachowanie oraz feromonów, które wpływają na mężczyznę którego chcesz zdobyć. 

O ja durna! Że też wcześniej ta gazeta nie wpadła w me ręce! Przed randkami myślałam o jakichś pierdołach zamiast powspominać sobie jak to w przedszkolu wygrałam konkurs na najpiękniejszy rysunek słonia. Nic dziwnego, że w szkole średniej trafił mi się jakiś baran, skoro zamiast o zdobyciu tytułu miss baletów myślałam o niezdanym egzaminie z matematyki. 

Czytam dalej; 

Zaintryguj, ale utrzymaj dystans. Wyprostuj się, unieś lekko brodę i z uśmiechem klepnij się w łopatkę mówiąc- odwagi dziewczyno, dasz radę! 

No proszę Państwa! To już wyższa szkoła jazdy! Unieść głowę i wypiąć cycki- proszę bardzo, ale z tym klepnięciem w łopatkę to już przegięli pałkę. Jakże to mam niby uczynić? Kiedyś robiłam szpagat i mostek. Kilka pozycji z Kamasutry też mam opanowanych. Nogę na szyję nawet dzisiaj założę, choć muszę niestety mieć kogoś kto ją póżniej zdejmie. Ale klepnąć się w łopatkę? W bark jeszcze dałabym radę, ale niżej? Od dołu może? Albo z jakimś wspomagaczem? Drapaczką do pleców? Grabkami?

Spróbowałam to sobie zwizualizować i...zrozumiałam! Nie ma to jak czytanie ze zrozumieniem. Przecież właśnie o to chodzi! To oczywiste, że gdybym stanęła sobie w drzwiach do knajpy i zaczęła wyczyniać dziwne wygibasy od razu wszyscy byliby zaintrygowani, na wszelki wypadek zachowaliby jednak dystans. Zdecydowanie.

Czytam dalej;

Zabaw się z jego przestrzenią osobistą. 

Matko jedyna! Przeraziłam się. Tak od razu? Z jego osobistym? A gdzie reguła trzeciej randki? Z jego osobistym... a, nie. Z przestrzenią osobistą. 
Jednym okiem czytam z ciekawością, żeby rozkminić o co chodzi, a drugim widzę, że do gabinetu wchodzi facet z fotela obok. Ratunku, zaraz ja, a tu dopiero połowa artykułu! Przyspieszam tempa. 
Chodzi o to, że każdy [tak, tak, facet też] ma prywatną strefę, naruszenie której powoduje niepokój. Aby zdobyć upatrzoną ofiarę, trzeba tę właśnie barierę przekraczać. Wskoczyć w nią, popatrzeć głęboko w oczy i wyskoczyć. I jeszcze raz wskoczyć. I jeszcze. Wg specjalistów od podrywu takie zachowanie pięciokrotnie zwiększa nasze szanse na udane polowanie. 
Jak już go zauroczymy i zaintrygujemy należy dotknąć go nienachalnie. Ale nie może to być dotknięcie przypadkowe. Musi być powiązane z naszymi słowami. Najlepiej poprosić go o niewielką przysługę. Mężczyzna jest tak skonstruowany [to nie ja, to ta gazeta tak mówi], że gdy wykona jakieś zadanie podświadomie oczekuje nagrody i w związku z tym zechce spotkać się z nami kolejny raz. Aby tę nagrodę odebrać? Nie skumałam tego do końca, ale skoro w gazecie piszą, to z pewnością tak jest [;)))] 
No więc znowu sobie wizualizuję. 
Przystojny osiłek. Zaintrygowany moim podrygiwaniem w drzwiach, zauroczony głębokimi wskokami i wyskokami z jego prywatnej strefy czeka na mój kolejny krok. Hm...niewielka przysługa... Mam! 

Skarbie, może masz ochotę przekopać mój ogródek? I pomacam go po bicepsie. E, nie! Jeszcze skojarzy to sobie erotycznie, a to przecież pierwsza randka. Hm... Skarbie, zechcesz może podoić kózkę? I pomiziam go po paluszkach. Boże, jeszcze gorzej! To może...

-Pani Mariolu, zapraszam na fotel.

Matko jedyna! I nie zdążyłam przeczytać do końca
Jak mam teraz żyć w nieświadomości? 
No jak żyć?!?

piątek, 27 stycznia 2017

Potrzebujesz siana? Nie dzwoń do Bociana!

Przyszła do mnie wczoraj znajoma. 
Zdziwiłam się bardzo tą wizytą, bo ani my za bardzo zakolegowane, ani nie sąsiadki, ani w ogóle nic. Ot kiedyś zapoznała nas w sklepie Ola, porozmawiałyśmy chwilę, a po zakupach we trzy poszłyśmy na kawę do pobliskiej kawiarenki. Babka miała klasę. Ubrana, umalowana, rzęsy jak firanki prosto z kosmetycznego salonu, złote kolczyki w uszach i drogi zegarek na nadgarstku. Przy rachunku upierścienioną dłonią sięgnęła do drogiej [na oko] torebki i lekką ręką wyciągnęła stówkę ze skórzanego portfela. Jednym słowem dobrze zrobiona i nieźle zakonserwowana. 
Później Olka opowiadała mi, że to emerytowana pani sędzina. Rozwiedziona, dzieci za granicą, żyła sobie jak pączek w maśle. Bez stresów, kłopotów ani żadnych innych zawirowań, które większość z nas ma na co dzień.

I przyszła ta farciara do mnie- średniozamożnej [z naciskiem na średnio], średniozadbanej [z naciskiem na to samo] i obarczonej mężem, dzieciarami, psami i kotami, że o kozach i prosiaku nie wspomnę, po prośbie. Chciała pożyczyć pięćdziesiąt złotych...

Już od progu uderzył mnie jej wygląd. Włosy dawno nie widziały fryzjera, firanki na powiekach wyraźnie się przerzedziły, zniknęło złoto... Tylko torebka wciąż była ta sama.
Okazało się, że kobieta wpadła w błędne koło. Spiralę kredytów, pożyczek, superatrakcyjnych chwilówek, okazjonalnych ofert i sklepowych wyprzedaży. Tu promocja na laserowe spalanie tłuszczu, karnet do kosmetyczki na masaże liftingujące, przedłużanie rzęs i regenerację cebulek włosowych. Atrakcyjne spotkania organizowane przez firmy wciskające ludziom wspaniałe garnki, cudowną pościel, rewelacyjne aparaty do masażu...
Wieczorami oglądała telezakupy i zamawiała kolejne niezastąpione w każdym gospodarstwie domowym gadżety jak: szybkowar, wolnowar, robot samoczyszczący, magiczny mop i tym podobne.


Doszło w końcu do tego, że kupowała na krechę ubrania w sklepie. Golfik z rękawami trzy czwarte za trzysta pięćdziesiąt, buty za pięćset, płaszcz za tysiaka. Oddawała, gdy przyszła emerytura. 
W końcu zabrakło. Nie spłaciła raty na czas, o innej zapomniała, na kolejną nie starczyło kasy. A odsetki rosły jak na drożdżach. Zastawiła w komisie złoto i zegarek. Zaczęła wyprzedawać dorobek swojego całego życia, a dług wciąż rósł. Lichwiarskie chwilówki od Bociana i Providenta zaczęły pochłaniać lwią część jej całkiem niezłej emerytury, całą emeryturę, emeryturę i ostatnie grosze chowane na czarną godzinę...

Dzisiaj ma więcej opłat niż zarobku. Nikt nie chce [już] pożyczyć jej pieniędzy. Nie ma na jedzenia ani na opłaty, lada dzień komornik wejdzie na jej mieszkanie, jest załamana...

Dałam jej stówę bez wielkich nadziei, że kiedykolwiek kasa do mnie wróci. Nakarmiłam ją i wcisnęłam na odchodne kurczaka, który miał być na dzisiejszy obiad, ale szczerze mówiąc mam mieszane odczucia. Współczuję jej, że znalazła się w takim beznadziejnym położeniu, bo wiadomo- pożyczać łatwo, ale banki a tym bardziej parabanki nie są instytucją charytatywną. Musi oddać co do grosza plus wiele, wiele więcej.
Ale przecież nie jest ona ciemną, biedną analfabetką. Jest wykształconą kobietą, sędziną, osobą, która przez całe dorosłe życie oceniała innych i wydawała wyroki. Z pewnością jest samotna i być może chciała tę samotność zrekompensować sobie odrobiną [!!!] luksusu na kredyt. 
Nie mnie ją oceniać i nie mnie ją pouczać, ale po wyjściu kobiety obiecałam sobie solennie- żadnego kredytu! 
Lepiej jeść chleb ze smalcem niż kawior na raty.