a

a

sobota, 24 czerwca 2017

Na stresy- najlepsze piesy ;)

Remedium na smutki i stresy mogą być różne rzeczy. Sen, książka, film, porządne trzaśnięcie garami, albo stłuczenie kilku talerzy. 
Dla mnie najlepszym lekiem są moje psy. Gdy mam doła wystarczy trochę przytulasów, liźnięcie czy dwa po dłoni i już mi lepiej. Gdy krew gotuje się w moich żyłach i w myślach układam epitafium na nagrobku Jurka, które zazwyczaj kończy się słowami- „uduszony przez własną żonę”, biorę smycz i idę na długi spacer do lasu. Po drodze wyżalę się, wybluzgam czasami, wygadam od serca i, co najlepsze, nie muszę wysłuchiwać żadnych dobrych rad czy krytyki własnego zachowania. Choć kiedy jedna albo druga spojrzy na mnie z wyrzutem, to zaczynam się zastanawiać, czy czasem one nie rozumieją aby zbyt dużo...?

Babcia Saba jest z nami już czternaście lat i nie raz i nie dwa ryczałam w jej futro. Sońka jest od marca i już nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej z nami nie być. 
A przecież to był czysty przypadek. Mogłam jej nie zauważyć, mogła być na spacerze z którymś z wolontariuszy, mogłoby być jeszcze wiele innych przeszkód. O naszym spotkaniu możecie poczytać tutaj.


Przez pierwsze kilka dni była zastraszoną, zabiedzoną kupką nieszczęścia.



Ileż cierpliwości wykazała, gdy wyczesywałam jej skołtunione od nie wiadomo ilu lat kudły. Grzebieniem, szczotą, nożyczkami... Nigdy nawet nie warknęła, choć ja na jej miejscu sama siebie z pewnością bym pogryzła. Raz tylko napędziła mi niezłego stracha, gdy zniknęła. Z jakiegoś powodu przeskoczyła przez płot. Gdy załamana i pełna wyrzutów sumienia wróciłam z bezowocnych poszukiwań, siedziała pod furtką i na mój widok lekko machnęła ogonem. Gdy tylko wytuliłam ją z wielką ulgą, chciałam dać jej wychowawczą reprymendę, ale na mój podniesiony głos i zamarkowane klapnięcie w tyłek tak się skuliła, tak wielkie przerażenie i smutek pojawiły się w jej oczach, tak panicznie stuliła uszy i przypadła do ziemi, że tylko się rozryczałam i zabrałam za głaskanie i przepraszanie. Nie wiem, jakie były jej losy, ale z pewnością poznała co to jest krzyk i ból. Co znaczy uniesiona ręka albo noga. Pewnie dlatego nie lubi aportować, a zamach ręką nie kojarzy jej się z zabawą. Zabiłabym gnoja, który zrobił jej krzywdę!

Przez pierwsze dni Saba oprowadzała nową koleżankę po włościach.


Już wyobrażam sobie ich rozmowy: 
-Tu pod tą sosną niby jest kibel, ale gdy pańcia nie widzi, to sram wszędzie... ;)

Dziewczyny jakoś nie zaprzyjaźniły się specjalnie. Ich wzajemne stosunki nazwałabym nieagresywną akceptacją. Sikają w te same miejsca i obwąchują te same krzaczki, ale ani jednej, ani drugiej nie ciągnie do wspólnej zabawy. Sądzę, że to z powodu wieku. Schroniskowy weterynarz ocenił Sonię na dwa lata, ale wg mnie ma ich co najmniej pięć. Oczywiście nie ma to najmniejszego znaczenia.

Sońka jest taka jak ja. No... trochę bardziej owłosiona. Obie uwielbiamy żonkile


i nie tolerujemy suchej karmy. Gdy widzę jak Jurek albo Dawid zalewają chińską zupkę, a potem siorbią ze smakiem... Brrr.
Mogłoby się wydawać, że Sońka, jako pies schroniskowy będzie nienażarta i niewybredna. Nic bardziej błędnego. Suchej nie ruszy, mokrą tak sobie, drób zje jak jest bardzo głodna. Taka hrabianka mi się trafiła ;)

Tak jak ja, nie lubi burzy. Podejrzewam, że cichaczem podgląda przez okno telewizję i jak widzi w prognozie zapowiedź burzy układa się pod tarasowymi drzwiami. Ma jakiś siódmy zmysł, bo nigdy się nie pomyliła- jak Sońka leży pod drzwiami to na bank w nocy będzie grzmiało i lało. Zabieram więc z dworu co wrażliwsze kwiaty, chowam hamak, dobrze zamykam drzwi od pomieszczeń gospodarczych, a gdy Jurek idzie spać [udając, że nic nie wie] wpuszczam moją pogodynkę do domu. Kładzie się grzecznie na starym kocu i kima spokojnie całą noc.


Choć raptem minęły zaledwie trzy miesiące Sonia już jest innym psem.





Wciąż wycofana i ostrożna, ale jej pysk się śmieje, a w oczach ma spokój. Nie wywija szaleńczo ogonem, gdy wracamy z miasta, ale podchodzi bez strachu i swoim zwyczajem wtula głowę pod pachę albo przytula się ufnie do kolan. Nie jest chętna do wygłupów ani nie umie sztuczek, ale każdym swym gestem pokazuje, że kocha mnie bezgranicznie.

Schroniska na całym świecie pełne są takich pięknych dusz. Skrzywdzonych, zagubionych, czekających aby obdarować kogoś swoją miłością i wiernością.
Nie kupuj- przygarnij.

środa, 14 czerwca 2017

Kopniak na rozpęd

Po długiej, bardzo długiej zimie nastało od razu lato. Wiosna zapodziała się gdzieś w czasie i postanowiła, że w tym roku zastrajkuje. Naturze jednak nic nie może przeszkodzić. Rośliny muszą wykiełkować, zakwitnąć, wydać owoce i nasiona, nie bacząc czy wiosna jest, czy jej nie ma. 
W marcu posiałam pierwsze nowalijki i kilka razy dziennie latałam do grządek, wypatrując kiełków i listków. Z uporem maniaka fotografowałam pierwszego krokusa, tulipana, stokrotkę niechętnie wystawiającą swą główkę spośród nędznej trawy. Wszystko czekało. Szczypior kiełkował jedynie na parapecie, rzodkiewka miała mnie gdzieś, pomidory i papryki rosły z animuszem równym zapałowi pracownika huty w poniedziałkowy poranek. 
Magnolia i migdałek wezbrały pąkami, zanim jednak te zdążyły zamienić się w kwiaty zima postanowiła chuchnąć jeszcze raz zimnym dechem i wszystko pomarzło. W ich ślady poszły czereśnie i wiśnie. Nie będzie w tym roku nalewek ani kompotów.
I tak do połowy maja. Zimno, mokro i do doopy.

I nagle coś się ruszyło. 
Ni z gruszki, ni z pietruszki zakwitły rzepaki. Ledwie zdążyłam powąchać je kilka razy, gdy zniknęły. Lilaki na chwilkę otuliły się fioletową i białą peleryną a nastepnego dnia już pojawiły sie słodko pachnące baldachy dzikiego bzu. Łąki zakwitły makami i chabrami. Białe rumianki już mrugają żółtym okiem, a na faceliowych polach huczą miliony pszczół, które jeszcze wczoraj ospale szukały nektaru w nielicznych kwiatach. Cukrowy groszek, który uparcie odmawiał wzrostu nagle ma już smakowite strąki. Sałata wyłazi z grządki, czerwienią się truskawki. Zresztą co wam będę pisać, zobaczcie sami.




                                       Jakimś cudem udało się złapać obie ;) 









                         Mogłaby się podzielić. Co za bydlę niewychowane...

                    Udławię się, ale i tak nie oddam!



Tak jakby natura dostała kopa na rozpęd. Wszystko gna, pędzi, spieszy się...
Zaraz,  już za chwilę zakwitnie nawłoć. Jesień? O nie!!!

sobota, 27 maja 2017

Zapachowe niuanse

Jest sobie pewien sklep. Pewnie jest ich dużo więcej, ale poznałam historię jednego z nich i nie chcę chyba poznawać więcej. 
Sklep jest piękny, po remoncie, w świetnej lokalizacji przy głównej ulicy małego miasteczka. Pachnie w nim perfumą i luksusem. Panie sprzedawczynie kasują, pytają grzecznie czy zapakować w reklamówkę, proponują towar w promocji i zapraszają ponownie. Uśmiechają się miło, ale ten uśmiech nie sięga oczu. W oczach mają albo strach, albo pustkę, albo paskudny, śliski błysk fałszu. Doradzają, podpowiadają, tłumaczą grzecznie gdzie co i do czego, ale kątem oka lustrują kto stoi obok, kto patrzy, kto doniesie, kto następny poleci z roboty.

Jest sobie pewien sklep. Pachnie w nim perfumą i luksusem. Lecz gdy głębiej wciągniesz powietrze, cuchnie obłudą, kompletnym brakiem moralności, nepotyzmem i zgnilizną ludzkiej podłości.

Było sobie kilka głupich dziewczyn. Pracowały ciężko, były lubiane przez klientki, chorowały podczas urlopów, i miały zbyt dobry węch. Wyczuły świetnie zamaskowane zapachy i postanowiły oczyścić atmosferę w pracy. W końcu spędzały tam pół życia. Jedna, druga, trzecia rozmowa z Siewcą Smrodu nie pomogła, solidarnie zwróciły się więc o pomoc do Wyższej Instancji. Wyższa Instancja podziękowała za zaufanie i obiecała niezwłocznie załatwić sprawę. Załatwiła bardzo szybko.

Było sobie kilka głupich dziewczyn. Wierzyły w sprawiedliwość, ludzką uczciwość i przewagę dobra nad złem. Wierzyły, że ktoś ich wysłucha i zrozumie. Że pomoże. Że rozwieje opary, które coraz bardziej dusiły, kalały, ściskały...

Jest sobie kilka głupich dziewczyn. Bezrobotnych. W ramach pomocy otrzymały wypowiedzenia. Jako bonus w małomiasteczkowy eter poszła plotka, że kradły, kombinowały, łamały procedury. Nie wystarczy zwolnić. Trzeba dobić, docisnąć butem, roztoczyć kolejny śmierdzący zapaszek. Wszak głupie ludziki lubią brudne zapaszki. 
Wyższa Instancja nie ma już problemów. Nikt nie zawraca jej głowy, nikt się nie skarży, wszyscy uśmiechają się miło, a że uśmiech nie sięga oczu? A kogo to obchodzi?

Klienci wchodzą i wychodzą. Interes się kręci. Czy ktoś zauważy nieobecność kilku głupich dziewczyn? Czy kogoś w ogóle to zainteresuje? Nie wiem, pewnie nie. Wiem za to, że moja noga w tym sklepie już nie postanie. I współczuję. Współczuję Siewcom Smrodu, którzy co rano muszą oglądać w lustrze swoją twarz. Wyższej Instancji, która kiedyś sama być może będzie potrzebowała pomocy. Tym, które zostały i,coraz bardziej dusząc się w oparach perfum, kasują, pytają grzecznie czy zapakować w reklamówkę, proponują towar w promocji i zapraszają ponownie.



P.s. Czy ktoś poszukuje pracy?
Pewnien sklep zatrudni pracowników. Zwolniło się kilka etatów...

niedziela, 7 maja 2017

Amore pomidore

Amore pomidore. Ale kto ich nie amorzy? Słodkie, pachnące i pyszne.
W zeszłym roku większość pomidorów dostałam w ramach sąsiedzkiej wymiany od zzapłotowej Sąsiadki, część kupowałam na bieżąco na choszczeńskim ryneczku. 
W tym roku postanowiłam ambitnie podejść do tematu i wyhodować moje ulubione owoce [tak, tak, pomidory, choć powszechnie uznawane za warzywa są wg botaniki owocami, a dokładniej rzecz biorąc warzywami o jadalnych owocach] od a do z. 
Już zimą zaopatrzyłam się w nasiona i z końcem marca wysiałam je do doniczek. Kilka różnokolorowych odmian. Zielone, czerwone, żółte, pomarańczowe i czarne. Cała paleta barw. A co- jak szaleć to szaleć ;)

Chuchałam, dmuchałam, zraszałam, mało co się nie posikałam ze szczęścia jak wykiełkowały. Ustawiłam na południowym parapecie, podlewałam, obracałam kilka razy dziennie, żeby nie wybujały za bardzo i patrzyłam jak rosną. A rosły niestety niemrawo. Nie wiem, czy nasiona słabe, czy [co bardziej prawdopodobne] słaba ogrodniczka], ale dziś powinny sięgać kolan, a sięgają ledwie kostki.


Podlewam gnojówką z pokrzywy, w momencie desperacji kupiłam specjalny nawóz do pomidorów [choć miały być całkowicie eko], a one i tak mają mnie w nosie.
Mimo wszystko nie tracę nadziei, że gdy po zimnej Zośce wsadzę je do ziemi to nagle dostaną skrzydeł i poszybują w górę niczym przysłowiowy Ikar, albo inna wierzba, czy brzoza ;)
Oczywiście u babci Robaczkowej siewki są wielkie jak dęby! 
Zobaczyła starowinka jak latam z tymi moimi chuchrami w te i wewte, szukając najbardziej słonecznej i zacisznej kwatery, wnosząc, wynosząc, przenosząc itp. i chyba żal jej się mnie zrobiło, bo przyniosła kilkanaście swoich. 
Jest więc jednak nadzieja na własne pomidory ;) No, niby mogłam też kupić gotowe sadzonki na rynku, ale to już nie to samo. A od Babci to prawie jak swoje własne. No wiem, wiem...prawie robi wielką różnicę...

W związku z tym, że jeszcze nie dorobiłam się żadnego tunelu foliowego, że o szklarence nie wspomnę, pomidory od Babci postanowiłam potraktować z wybitną troskliwością. 
Naczytałam się w necie i postanowiłam posadzić je w jutowych, obustronnie otwartych workach. Jak pomyślałam tak i uczyniłam.
Ziemia w worku szybciej się nagrzewa, a zażelowane hydrożelem korzenie dostarczą roślinie odpowiednią ilość wody. Przynajmniej tak powinno to wyglądać teoretycznie. 
Swoją drogą niezła sprawa ten hydrożel. Zażeluję też korzenie kwiatów w doniczkach, co znacznie ułatwi mi ich obsługę i zaoszczędzi wody oraz fatygi związanej z podlewaniem. 
Worki umieściłam na razie w doniczkach dzięki czemu są mobilne i w razie zimnych nocy po prostu przeniosę je do korytarza. Na razie ustawiłam je w rządku pod południową ścianą domu i każdego wieczoru i poranka zwijam i rozwijam worki ;)))



Jurek zrzędzi, że poświęcam im więcej uwagi, niż jemu. 
Phi, normalka! Jak zwykły, prosty chłop może się równać z krzaczorem pokrytym kilogramami przecudnych i przepysznych pomidorów?

A jak Wasze pomodory? Siejecie z nasion, czy kupujecie gotowe sadzonki?

sobota, 29 kwietnia 2017

Specjaliści

Wiadomo, że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie. Wiadomo też, że wszyscy znamy się perfekcyjnie na polityce, medycynie i wychowaniu dzieci. Wkurza mnie jednak gdy laicy robią z siebie nie lada specjalistów, a osoby niemające zielonego pojęcia na dany temat wymądrzają się pełną gębą. Za nic mają autorytety i bzdurnymi kontrargumentami obalają każdą logiczną tezę. Co gorsza, sami we własne słowa wierzą pełnym sercem, pewnie w myśl idei, że wielokrotnie powtórzona bzdura staje się prawdą.

Rozmawiałam ostatnio z osobą, która uparcie twierdziła, iż żyjemy wewnątrz Ziemi, bo patrząc na horyzont widzimy linię wypukłą, a nie wklęsłą. Ten sam interlokutor udowadniał mi uparcie, że Ziemia wcale nie kręci się wokół Słońca, tylko odwrotnie, a wszelkie loty w kosmos są medialną manipulacją. Najgorsze jest to, że tak wiarygodnie udowadniał swoje opowieści, podawał tak przekonujące dowody, że sama prawie w to uwierzyłam ;) Na każdy argument obalający jego poglądy przytaczał pięć potwierdzających, aż w końcu wszyscy uczestnicy tej dziwnej rozmowy mieli odmienne wizje świata. Piotrek stwierdził, że ewidentnie żyjemy w Matriksie, a tenże dyskutant jest po prostu błędem systemu. Taki mały wirusek ;)

Właśnie. Wirusy. Mam wykształcenie medyczne i paręnaście lat przepracowałam jako pielęgniarka. W niczym to jednak nie przekonuje ludzi, którzy paradoksalnie przychodzą do mnie po radę. Mówię i tłumaczę: Wirusów nie zwalczamy antybiotykami. Zwykłe przeziębienie, a nawet grypa są wywoływane nie przez bakterie, ale przez wirusy właśnie. Antybiotyk nie pomoże, a wręcz zaszkodzi. Wywoła m.in. śmierć niektórych bakterii, które bytują w organizmie, a ich miejsce zajmą inne, oporne na dany lek. No i co? Po moim godzinnym wykładzie z błyskiem radości w oku chory przypomina sobie, że ma w apteczce jakiś antybiotyk rok temu przypisany przez lekarza i leci w te pędy walczyć z wirusami. To po co taki przyłazi i zawraca gitarę, skoro wie lepiej?

Ostatnio zatrzymała mnie znajoma. Stanęłyśmy pod starym klonem i wdałyśmy się w gadkę- szmatkę. Ot, tak o niczym. Po kilku minutach znajoma podniosła głowę i stwierdziła że jak tylko ta lipa zakwitnie to mus przyjść kwiatów na przeziębienie nazbierać ;) Na mój cichutki komentarz, że na tym klonie lipowe kwiecie raczej nie zakwitnie, nie zareagowała w ogóle. Hm... może klon też ma lecznicze właściwości? Muszę doczytać.

Jurek lubi sobie czasem popolitykować. Któregoś razu przez pół godziny wysłuchiwał narzekań jednego z domorosłych politologów. Wylewał on tonę pomyj na pewnego polityka z prawicowej partii, po czym spuentował swój długi monolog, że temu ‘platformersowi’ całkiem się w głowie poprzestawiało. I o co kaman?

Przecież nie jest wstydem nie znać się na wszystkim. Jasne, ogólne pojęcie trzeba mieć, ale lepiej chyba być profesjonalistą przez duże P w jednej dziedzinie, niż znawcą przez bardzo małe z we wszystkim. Ja tam przyznaję się śmiało i bez bicia, że na polityce się nie znam, umiejętności techniczne mam opanowane do poziomu wymiany żarówki, a krawieckie do wszycia guzika. Jednak... cóż... też wpadłam w tę samą pułapkę robienia z siebie mądrzejszej niż jestem.

Na jednym z rolniczych spotkań w mojej wsi ktoś zaczął rozmowę o sprzęcie. Że tak bardzo technika poszła do przodu, że takie udogodnienia, że jedną machiną z kilkoma końcówkami rolnik ogarnie całą gospodarkę, a drzewiej to jedynie traktorek... Włączyłam się do rozmowy.
-To prawda. Jesienią przywieźli mi obornik. Cud machina! Obracała się prawie w miejscu, przywiozła, wywaliła, uklepała, a wszystko w pięć minut.- Zachwycałam się.- Tomahawk się nazywa.- błysnęłam wiedzą. Zaległa cisza.
-Hm... Manitou ma pani na myśli?

Ups. I to by było na tyle w sprawie błyskania ;)

Przynajmniej miałam dobre skojarzenia. I tomahawk i Manitou były w tej samej powieści. „Winnetou” ;)



wtorek, 21 marca 2017

Darcie papy

Pierwszy dzień wiosny- taka data nie może przejść bez echa. 
Wyczekana, wymarzona, wytęskniona nie tylko przez ogrodników- w końcu przyszła, jest. Skąd wiem? 
Nie to, że krokusy kwitną a co niektóre nawet przekwitły,




że tulipany już zawiązują pąki, że trawa się zazielenia, a chwasty już się całkiem dobrze mają. Nie to nawet, że na parapecie wschodzi pięknie papryka a szczypiorek lada dzień można będzie kroić na kanapki.



Nie to, że żurawie i gęsi całymi kluczami po moim niebie latają, że ptaki świergolą radośniej a dzień jest coraz dłuższy [na marginesie- w weekend przestawiamy zegarki- pamiętacie?].

Wiem że jest wiosna po wszechobecnym darciu papy. 
Zaczyna się gdzieś tak około trzeciej w nocy. Imprezę inicjują koty. Drą się niemiłosiernie śpiewając swoje miłosne serenady i jak bum cyk, cyk każden jeden ma coś z uszami, bo ani to melodyjne, ani do rytmu, ani do tańca, ani do różańca! Do seksu, cholera, też nie! W odpowiedzi na darcie kotów zaczyna drzeć się Sonia. Chwilę później swe darcie zaczyna Saba, bo co to za porządki! Ona też już i natychmiast chce dołączyć do Soni i razem z nią zagłuszać kocie pieśni. Ze względu na swój sędziwy wiek i artretyczne stawy, Saba śpi w domu [w odróżnieniu od Soni], więc zaczyna drapać pazurami w tarasowe drzwi, ani na chwilę nie przerywając ujadania. Po jakiejś minucie zaczyna drzeć się Jurek.- Jasna cholera, ucisz te psy, bo pójdę po strzelbę!!! Dla uspokojenia Szanownych Czytelników dodam, że mój mąż żadnej strzelby nie posiada. No... chyba że ma na myśli swoją pukawkę, ale nią żadnej większej krzywdy raczej nie zrobi... W odpowiedzi na darcie Jerzego zaczynam drzeć się ja, że przecież od tego psy pyski mają, żeby się drzeć, więc niech przestanie się wygłupiać, bo to bez sensu kompletnie. Za chwilę zaczyna drzeć się Dawid, że tak się drzemy, że on nie może spać. I tak drzemy się wszyscy pospołu, dopóki koty nie postanowią, że koniec darcia. Wtedy zalega błoga cisza. Sonia zamyka paszczę i chowa się w budzie, Saba grzecznie idzie na swoje legowisko przy kominku, Jurek odwraca się w drugą stronę i zaczyna cicho pochrapywać. 
Cicho... cichutko...
A za chwilę... MIAAAAAUUUUUU... i impreza zaczyna się od początku.
Wiosna przyszła... ;)))





sobota, 11 marca 2017

Siła imienia

Był już post o sile spojrzenia, dziś muszę, po prostu muszę napisać o sile imienia. Albo się uduszę ;)

Od wczoraj jestem dumną i szczęśliwą posiadaczką nowego psa. Słodka jest. Mądra, piękna, pojętna, wrażliwa itd. Itp. Ale bezimienna. 
Aby zaradzić temu niedopatrzeniu, w Rapsodii odbył się rodzinny zjazd z noclegiem. Anka, Olka z dziewczynkami i ja zrobiłyśmy prawdziwą burzę mózgów, bo imię to imię. Może być zwykłe i proste, ale musi być przemyślane. Musi pasować do psa jak smycz, obroża czy buda [tymczasowa na razie]. 

Dziewczynki rzuciły świetną myśl, żeby imię zaczynało się na „S”- tak jak imię Saby. No to burza mózgów zawrzała. Sparta- bo już się pewnie w życiu nawalczyła, Szansa- bo wiadomo, Samba- bo jak biegnie to tak zalotnie kręci bioderkami, Sarna- bo takie nogi zgrabne i długie, Salami- bo pewnie lubi... 
Tu się oburzyłam. Nie będę psa truć solą i konserwantami. O nie! Niech Jurek i Dawid sobie jedzą! 
I tak leciały propozycje jedna za drugą. Dzieci dawno się znudziły i poszły z Bezimienną na spacer, a dziewczyny się rozochociły i propozycje stawały się coraz bardziej perwersyjne. Flaszka wina, w której już było widać dno, też pewnie miała jakiś niewielki wpływ na ten fakt. 

-Może Nefretete, bo tak się wyłoniła z tej brudnej piany po kąpieli niczym bogini jaka?- zaproponowała Anka.
-Durna jesteś, to była Afrodyta- uświadomiła nas Olka.- Poza tym miało być na „S”.
 – Oooo- ucieszyła się mitologiczna laiczka- w takim razie mam- Sulejka! Ona taka nieco czarniawa. 
Wybuchnęłyśmy śmiechem, bo pewien nasz znajomy poczuł po pięćdziesiątce drugą młodość, zostawił żonę, wyjechał na zgniły Zachód i ożenił się z Zulejką. Czarniawą. 
Durnowaty śmiech zerwał chyba wszystkie tamy przyzwoitości. Bardzo szybko Sulejka zamieniła się w Stulejkę. 
-Dlaczego Stulejka?- zbulwersowała się Anka- to już lepiej porządna Polucja. Albo nie. Jeszcze lepiej- Erekcja.
- No wiesz co...- Olka nie była przekonana.- Przecież to w końcu kobieta. Może Menstruacja? W skrócie będzie się wołać Ciotka. 
Boże!!! Padłyśmy na podłogę i tarzałyśmy się ze śmiechu. Nie usłyszałyśmy jak wróciły dzieci z lekko zziajanym psem. Hanka chwilę patrzyła na nas w milczeniu. Widząc, że nie reagujemy na jej potępiający wzrok lekko pociągnęła smycz.
- Choć Sonia. Pójdziemy do sadu. 
Do niedawna bezimienna machnęła ogonem i radośnie wytuptała za dziewczynkami a my zaniemówiłyśmy. Tak. Sonia. Pięknie, prosto i na „S”. Saba i Sonia- super sunie ;)



I tak jedna z wielu schroniskowych Miś przeistoczyła się w jedyną, wyjątkową Sonię ;).

Spragnionych fotek zapraszam na facebuka, bo tutaj coś nie chce się więcej wkleić ;/